środka. Jak się tu dostał? Czego chciał?

64
151
Stacey usłyszała za plecami płacz Mary. Chciała sprawdzić, kto
- Tak, mam jeszcze sińce na szyi, ale to nieistotne.
przestało się liczyć. Światła, deszcz, wszystko odpłynęło.
dzieci jeszcze spały.
to zrobić.
niedoświadczony. Sean jednak zdecydowanie poparł jego kandydaturę,
robisz, oskarżą mnie.
Gdy skończył, poczuł na ramieniu czyjąś dłoń.
- Musi. Łączy ich fundusz powierniczy jej matki.
wpadła do środka i zatrzasnęła je za sobą, jakby
Sean podniósł się, dzięki czemu zobaczył, kto zjawił się w tym
- Tak, ale była szansa, że umówiła się z nim

- W domku gościnnym. Zbudujemy go... tutaj... - Wskazał ręką mostek. Za nim po drugiej stronie strumyka był dół. T. John pociągnął długi łyk piwa z puszki. - Jest pan pewien, że nie powinna wrócić do szpitala? - Będzie dobrze - uciął Brig. - Mama ciężko przeżyła stratę Chase’a, ale wierzy, że go zobaczy w przyszłym życiu. Poza tym, kiedy Buddy wyjdzie ze szpitala, będzie musiała się nim opiekować. - Miał chłopak szczęście. Wszyscy mieliśmy. - Cassidy uśmiechnęła się do Briga. - Dzięki Bogu. - Podrapał się w brodę. - Mama chce być też blisko Reksa, bo Dena go zostawiła. Cassidy przeczesała palcami włosy. - Moja matka była przekonana, że Rex miał romans z Angie. - Jezu... - Wielu ludzi tak myślało - przyznał Brig. - On twierdzi, że nigdy jej nie dotknął, a Sunny mu wierzy. Cassidy wpatrywała się w odległe wzgórza. Do tej pory nie zdołała uporządkować swoich uczuć. Dziwnie było myśleć o rozwodzie rodziców, chociaż wiedziała, że ich małżeństwo nigdy nie było zbudowane na trwałej opoce. Miała tylko nadzieję, że od kiedy dusza Angie spoczywa w spokoju, oni będą szczęśliwsi. - Nie sądzę, żeby tata kiedykolwiek tknął Angie. Przynajmniej nic takiego nie pamiętam. Tata ją kochał, owszem, ale jego jedyną prawdziwą miłością była Lucretia. Po prostu czasem zlewała mu się w jedną całość z Angie, ale nie do tego stopnia, żeby... - Nawet nie potrafiła tego wypowiedzieć. Kazirodztwo. Coś wstrętnego. Gdyby tak się sta-ło, to na pewno by wiedziała. Ale przecież nie domyśliła się, co łączyło Derricka i Angie. Ale Rex wiedział. Kiedy ich romans okazał się prawdą, stary Buchanan niemal przypłacił to życiem. Na szczęście Sunny pomogła mu przez to przejść. Na myśl o przyrodnim bracie i Angie, Cassidy poczuła mdłości i musiała szybko napić się herbaty. Teraz, kiedy była w ciąży, jej żołądek często chciał się pozbyć swojej zawartości. Zauważyła, że obaj mężczyźni się jej przypatrują, czekając, żeby powiedziała coś więcej. - Tata... On był, jak każdy mężczyzna w tym mieście, prawie zakochany w Angie. - Nie każdy mężczyzna - przypomniał jej Brig, uśmiechając się szelmowsko. - W porządku. Nie każdy, ale większość. Nieważne. Mama jest o wiele szczęśliwsza w Palm Springs - z daleka od skandalu i z dala od plotek. Tam nikt nie wie, co się stało. Brig mrugnął do żony porozumiewawczo. - Chyba się bała, że moja mama ją przeklnie. - Oj, ty! - Cassidy skrzywiła się, ale wybuchnęła śmiechem. Zastępca szeryfa też uśmiechnął się szeroko. - Naprawdę nie winię Deny. Sunny jest inna i... cóż, ten jej dar... - Może się przydać następnemu szeryfowi, jeżeli się nauczy z nią współpracować, a nie działać przeciwko niej - stwierdził Brig. - Hm. - T. John wypił resztę piwa i zgniótł puszkę w dłoni. - Zastanowię się nad tym. - Proszę nie zapomnieć. - Jasne. - Pomachał ręką i poszedł. Brig przyglądał się kasecie i czekom. Samochód Wilsona wyjechał z podwórka. Brig mrugnął do żony. Był dumny że w końcu nosi jego nazwisko. Pani McKenzie, żona Briga. Cassidy dotknęła brzucha. Już wybrali imiona. Jeżeli urodzi się chłopiec będzie się nazywał Chase William McKenzie i czasami będą na niego wołać Buddy. Jeżeli będą mieli córkę, też pewnie będą nazywać ją Buddy. Tylko tak mogą odwdzięczyć się Buddy’emu za to, że uratował Brigowi życie. Przeżyli wiele bólu, ale teraz czeka ich szczęśliwe życie. Cassidy wpatrywała się w figlarne oczy męża. Nie mogła pozwolić, żeby gnębił ją żal. Poczuła, że kąciki jej ust unoszą się do góry. - Wiesz, wpadłem na niesamowity pomysł. - Brig przyciągnął ją delikatnie do siebie. - Tak? - spojrzała na niego złotymi oczami, które wiele lat temu zawładnęły jego duszą. - Niebezpieczny? - Oczywiście. - Czy trzeba się do tego rozbierać? - Zdecydowanie. - Wziął ją za rękę i wprowadził do koryta strumyka Lost Dog, gdzie wiele lat temu prawie utopił się Buddy. Teraz, późną jesienią, płynęła tu zaledwie strużka wody. Brig zgarnął nogą trochę suchych liści i patyków na błotnisty brzeg, a potem uklęknął. Z łobuzerskim błyskiem w oku położył czeki i kasetę wideo na przygotowanym stosie. Polał je płynem do zapalniczki. - Co robisz? - Pozbywam się śmieci. - Pstryknął zapalniczką i patrzył, jak stos zajmuje się płomieniem. Małe płomyki syczały i trzaskały, pożerając czeki. Papier i drewno poszły z dymem. Kaseta wideo stopiła się od gorąca. Potwornie śmierdziało. Brig zdeptał nogą popiół i ogień szybko zgasł. Koniec. Wreszcie. Czuł ból z powodu Chase’a, z powodu lat straconych na Alasce, ale wreszcie był w domu. Z Cassidy. Tu, gdzie jego miejsce. Na zawsze. Ogromny ciężar spadł mu z serca. Wstał i zaborczo objął Cassidy w pasie.

koszulką a spodenkami nabrała równie czerwonej
dostrzec, że jej oczy są ciemne, bardzo pięknie wykrojone. Poruszała się z
- Może i tak. Ale ty też potrzebujesz tych sekund.

Tylko że był tak straszliwie zmęczony, głowa sama opadała mu na

Poranek okazał się chłodny i rześki, a potem wcale nie zrobiło się
parę rękawiczek, które przytrzymała dla niego Anneli. Nie miał czasu
przypadłości, która mogłaby powodować, że chłopiec tylko siedział i

że jej nie widziałeś, są świadkowie, chyba

porwaniu jej dziecka.
- Dzwoniłem dwa razy Raz, żeby powiedzieć im, gdzie jesteśmy.
„Pierwszy poranny lot" oznaczał ni mniej, ni więcej tylko